Archiwa kategorii: A poza kuchnią…

Kilka ostatnich uwag przedświątecznych

Chciałabym wszystkim Czytelnikom złożyć życzenia z okazji zbliżających się Świąt, ale zanim do tego przejdę, mam jeszcze kilka uwag, które nasunęły mi się dziś w trakcie pieczenia (tak, piszę między mazurkiem a babką w piekarniku ;-) ). Wiadomo, że większość z nas je w Święta dużo, słodko i tłusto. Taki nagły zastrzyk kalorii jest szokiem dla organizmu, który zaczyna „wariować”, nie wiedząc, jak spożytkować energię, do której nie jest przyzwyczajony. Aby trochę zmniejszyć te szkodliwe efekty, nie rezygnując jednocześnie z tradycyjnych smaków, możemy nieco udietetycznić potrawy, które przygotowujemy. Mam tu na myśli głównie słodkości, ale dotyczy to generalnie wszystkich, lub prawie wszystkich potraw.

1. Zamieniamy mąkę na żytnią lub orkiszową, razową. Jeśli w przepisie potrzebny jest proszek do pieczenia lub soda, podwajajmy wówczas ich ilość. Z takiej mąki nie wyjdzie biszkopt, natomiast wszystkie pozostałe rodzaje ciast (kruche, placki, simnel cake) co najwyżej wyjdą trochę ciemniejsze, jednak smaku nie zmienią wcale, a konsystencji niemal wcale. Co więcej, niektóre ciasta są znacznie lepsze, gdy użyjemy mąki o wysokim typie.

2. Do wyrobów mącznych (czyli głownie ciast), dodajemy nieco otrąb, płatków owsianych lub nasion chia, całych lub zmienionych. Nie mają żadnego wpływu na konsystencję, a zawierają dużo błonnika, czyli pomogą nam w trawieniu, które czasem szwankuje przy dużym nadmiarze jedzenia, o czym pisałam szerzej tutaj.

3. Rezygnujemy z tłuszczy stałych-margaryny, twardych tłuszczy roślinnych, a jeśli nie mamy z tym problemu-również masła (argumenty o witamince A nie mają tu racji bytu, bo w czasie świąt i tak dostarczymy jej sporo). Zamiast nich świetnie sprawdzi się olej rzepakowy. Unikamy jednak oleju słonecznikowego! Jeżeli dodajemy taki tłuszcz do ciasta, nie musimy martwić się o jego konsystencję-to nie masło spaja nam całość, tylko jajka.

4. Polecam przestawienie się z tłustych śmietan i mlek na te o niższej zawartości tłuszczu, a jeszcze lepiej-na jogurt naturalny, którym z powodzeniem można np. zabielać zupy lub zaprawiać sałatki.

5. Starajmy się unikać smażenia-pieczone lub gotowane potrawy, dostarczają całe morze mniej kalorii. Jeśli już koniecznie musimy coś smażyć, używajmy oleju rzepakowego.

6. Postawmy na ciemne pieczywo-i mam namyśli razowe, a nie przyciemnione karmelem. Uwaga na etykiety!

7. Jeśli mamy taką możliwość, zmniejszamy ilość pochłanianego cukru, albo rezygnujemy z niego w ogóle. O zamiennikach cukru pisałam już dawno tutaj, aczkolwiek w tym roku u mnie w ruch poszedł przede wszystkim erytrol.

8. Podawajmy warzywa do każdego posiłku. Po prostu ustalmy, że warzywo jest nieodłącznym elementem jedzenia. To może pomidor albo kiszony ogórek, cokolwiek. Warzywa ułatwią nam trawienie, zmniejszą poczucie przepełnienia, zawierając ujemne kalorie, zmniejszą nadmiar energii dostarczanej organizmowi.

9. Nie bójmy się jajek. Wiem, że budzą kontrowersje zdrowotne, ale w tej chwili większość żywieniowców je poleca, szczególnie białka.

No i wreszcie, nie zapomnijmy o ruchu. Nawet krótki spacer poprawi nastrój i nam, i naszym żołądkom.

A teraz chciałabym życzyć zdrowych, radosnych, spokojnych Świąt Wielkanocnych, pełnych odpoczynku i uśmiechu wszystkim Czytelnikom, Dietowiczom, osobom dbającym o zdrowie oraz zakręconym na punkcie kaszy jaglanej i serka wiejskiego :)

simnel

Sukces kulinarno-agitacyjny

Wracam sobie wczoraj do domu, mieszkanko puste, zaglądam do lodówki, a tu… kotlety rybne. Uwaga. PIECZONE. I to nie ja je upiekłam. Rozumiecie? Moja wspaniała, kochana Mama UPIEKŁA KOTLETY RYBNE.  I to już drugi raz! Czuję się… dumna. Moje eksperymenty, dziesiątki przygotowanych potraw, całe zaangażowanie zaowocowało tym, że Naczelna Degustatorka, bądź co bądź bardziej tradycjonalna w kuchni ode mnie, zrobiła coś ciastkowopingwiniastego: smaczne, zdrowe, nietuczące i nietypowe. Mamo, pozdrawiam Cię <3

Oczywiście nie patrzyłam Mamie na ręce, ale kotleciki rybne są podobne do tych. Jeśli ciasto  rybne jest wystarczająco gęste, żeby się ładnie lepiło, nie musimy dodawać mąki0to zależy od gatunku ryby, której używamy.

kotletyrybneM

Domowej roboty serek wiejski

Moja serkomania właśnie osiągnęła szczyt. Tak, ZROBIŁAM SEREK W DOMU. Sama. Wzorując się na procesach, którym poddawane jest mleko w mleczarni, co opisałam tu . Nie jest to wcale trudne, ani nawet pracochłonne, za to bardzo… nieopłacalne. Z jednego litra mleka wychodzi bowiem tylko jedna miseczka serka. Mamy za to pewność, że nie zawiera konserwantów ani innych dodatków, które nie powinny się w nim pojawić. Co do samego serka, smakuje podobnie do kupnego, choć jest minimalnie kwaśniejszy i bardziej zwarty, a charakterystyczne granulki są mniejsze.

Składniki (na jedną miseczkę… :-( ):

1l mleka nie-UHT

1 łyżka jogurtu naturalnego

3 łyżki śmietanki 12%

Mleko wlewamy do miski, dodajemy jogurt (nie mieszamy), przykrywamy i odstawiamy na kilka dni (nie do lodówki). Czas zsiadania się zależy od temperatury, trwa kilka dni. Kiedy mleko skrzepnie, przekładamy je na sito, żeby odciekła serwatka. Kroimy nożem w kostkę ok. 1 cm. Do niedużego rondelka wlewamy nieco wody i wstawiamy na gaz. Na wierzch kładziemy sito ze zsiadłym mlekiem i podgrzewamy na parze. Serwatka będzie cały czas ściekać, a kostki zmieniać kształt i się zmniejszać. Kiedy skrzep zupełnie zgęstnieje, Przekładamy go do miseczki. Dodajemy śmietankę i mieszamy. Gotowe!

serekwiejski

Od mleka do granulek, czyli jak powstaje serek wiejski

Z pewnych względów miałam ostatnio alibi, by poświęcić nieco czasu na wgłębienie się w temat serka wiejskiego. Ci, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, że wcinam taki serek niemal codziennie i jest mi on bliski. Jak więc wygląda produkcja takiego serka?

serek

Po dostarczeniu i przebadaniu świeżego krowiego mleka do zakładu mleczarskiego, surowiec ten znika w kolejnych układach rur. Najpierw jest przechowywany w tankosilosach, czyli sporych walcowatych zbiornikach. Następnie jest odwirowywany, by oddzielić tłuszcz od chudego mleka. Następnie mleko jest pasteryzowane w podwyższonej temperaturze (czyli najpierw ogrzewane, a potem chłodzone). W czasie podgrzewania białka tracą swoją aktywność, dzięki czemu później produkt się zepsuje (a w każdym razie nie od razu). Następnie takie chudziutkie mleko trafia do specjalnej wanny. Dodawane są do niego szczepy bakteryjne i podpuszcza-kompleks enzymów występujący w jednej z części żołądka przeżuwaczy, który składa się głównie z chymozyny, umożliwiającej trawienie kazeiny, czyli głównego białka w mleku. Dzięki takim dodatkom zachodzi fermentacja i mleko się ścina. Pracownicy mleczarni mają specjalne kraty, którymi przecinają ten tzw. skrzep na drobniejsze kosteczki. Następnie są one podgrzewane, żeby wypuściły serwatkę, a same się zmniejszyły, dzięki czemu powstają klasyczne, charakterystyczne dla serka granulki. Co ciekawe, zawierają one tylko 0.05% tłuszczu. Kolejnym etapem procesu jest zmieszanie granulek z solą i kilkunastoprocentową śmietanką (stąd kilka procent tłuszczu na opakowaniu). Do serków typu light dodawane są też inne składniki, mające na celu nadanie serkowi odpowiedniej konsystencji. Później następuje już tylko pakowanie do pojemniczków.

Produkcja serka wiejskiego, należącego do serów niedojrzewających różni się od produkcji serów żółtych tym, że jest zakończona na wcześniejszym etapie.

Warto z tego wszystkiego zapamiętać, że granulki w serku są mniej kaloryczne niż śmietanka, dlatego niektórzy przed jedzeniem ją odlewają, a nawet płuczą serek wodą.

Źródła:

„Ciekawe jak?”, odc. 18

agropuringredients.com

Sadzić, parzyć, zalegalizować-czyli jakie zioło bierze Ciastkowy Pingwin

Można być uzależnionym od alkoholu, od internetu, od słodyczy albo od tzw. zioła. Moim „prochem” jest melisa lekarska (łac. Melissa officinalis).

meliska1

Nazwa rodzajowa pochodzi od greckiego słowa „pszczoła”, gdyż Grecy stosowali listki, by za pomocą ich zapachu wywabić pszczoły z ulu.

melsika2Melisa należy do bylin i pochodzi z rejonów Morza Śródziemnego, północnej Afryki i zachodniej Azji. Obecnie jest szeroko uprawiana w różnych zakątkach świata. Rozpowszechnili ją mnisi, którzy przyrządzali z Melissy lecznicze nalewki. Dobrze ma się zarówno w ogródku, jak i w doniczce na dobrze oświetlonym parapecie. Jest to wieloletnia roślinka, podobna do mięty, o białych lub żółtawych kwiatach.

No dobrze, ale dlaczego stosuję ją tak często? Otóż melisa od wieków polecana była na uspokojenie. Poprawia nastrój, pozytywnie wpływa na nerwy, a co za tym idzie, pomaga w walce z bezsennością. Bywa nawet używana jako sposób na depresję i bóle głowy, a u kobiet łagodzi objawy PMS i bóle miesiączkowe. Co więcej, tradycyjnie uważa się, że łagodzi bóle zęba. Ponadto gorąca powoduje pocenie się, co obniża gorączkę. Maść z melisy może być stosowana na opryszczki.

Melisę świeżą można ususzyć (nie zgniatamy wówczas liści, bo utracą swoje właściwości!), można też kupić gotowe herbatki meliskowe. Oczywiście najlepiej działa napar ze świeżych liści lub nalewka przygotowana na ich bazie. Można też przygotowywać okłady, olejki i maści.

W kuchni melisa używana jest do dosmaczania napojów, serów i sałatek ze względu na swój kwaskowaty smak. Najbardziej zagorzali Czytelnicy pamiętają zapewne orzeźwiający napój z melisy, który kiedyś polecałam na upały.

Być może zauważyliście kiedyś, że na opakowaniach niektórych leków, raczej tych „twardszych”, jest napisane, że nie powinno się ich stosować w czasie kuracji ziołowych. Ważną zaletą melisy jest to, że-w przeciwieństwie do większości ziół i leków uspokajających-nie ma niemal żadnych efektów ubocznych i jest bezpieczna nawet dla kobiet w ciąży. Nie powoduje nadmiernej senności (choć zasypianie oczywiście ułatwia). Jedynie osoby z jaskrą powinny unikać lotnego olejku z melisy, ponieważ może wówczas dojść do podwyższenia się ciśnienia w oku.

Podsumowując, melisa nie bez powodu ma w nazwie „lekarska”, a ja osobiście uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy, od których można się uzależnić:)

Źródła:

„Zioła w kuchni”, wyd. Dobra Kuchnia

pl.herbs2000.com

Dzień przed Wigilią…

…chciałabym życzyć wszystkim zarówno stałym Czytelnikom, jak i osobom zaglądającym tu od czasu do czasu, wszystkim Dietowiczom, lubiącym nowe smaki, chcącym prowadzić zdrowy tryb życia, a także tym, którzy próbują moich potraw, radosnych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Najedzcie się po uszy tych pyszności, które pojawiają się na stole tylko raz w roku, a które później będziemy zrzucać :)

ciastoangielskie

Nie taki tłuszcz straszny, jak go malują

Natknęłam się ostatnio na artykuł oparty na książce Beatriz Larrei, w którym opisane są cztery tłuszcze oddziałujące pozytywnie (a nawet rewelacyjnie) na nasze zdrowie-zarówno podczas użycia w kuchni, jak i w celach kosmetycznych, na przykład jako maseczki. Według różnych dietetyków, spożycie tłuszczów powinniśmy utrzymywać na poziomie 15-25%.

tluszcze

Zgodnie z artykułem, dzielimy tłuszcze na trzy grupy (przy czym jest to podział, powiedzmy, z punktu widzenia spożywczego):

1. nienasycone-mają zarówno pojedyncze, jak i wielokrotne wiązania w cząsteczce kwasu tłuszczowego. Są to tłuszcze najzdrowsze, przeważnie ciekłe, generalnie rzecz biorąc, znajdziemy je w roślinach. Co ciekawe, jest to spowodowane tym, że komórki roślinne otoczone są ścianą komórkową, dzięki której ciekłe tłuszcze, energetycznie „tańsze w produkcji”, nie wyciekają na zewnątrz.

2. nasycone-najczęściej stałe i obecne w produktach pochodzenia zwierzęcego, jak również w oleju kokosowym. Wszystkie wiązania w cząsteczce kwasu tłuszczowego są pojedyncze. Mogą, ale nie muszą, być szkodliwe dla zdrowia (i tak najważniejsza jest odpowiednia równowaga).

3. tłuszcze trans-sztucznie utwardzone przez uwodornienie tłuszcze ciekłe, na przykład margaryna w kostkach. W sklepie znajdziemy je w chlebie, chipsach i chrupkach wszelkiego rodzaju, majonezach, frytkach, zupkach w proszku oraz ciastkach, herbatnikach i pączkach. W naturze również występują (dla chemików „trans” to nazwa rodzaju izomeru), na przykład w maśle, produktach mlecznych i mięsie, szczególnie wołowinie i baraninie, jednak te pochodzenia naturalnego NIE SĄ szkodliwe dla zdrowia.

Wszystkie tłuszcze wymienione przez panią Larreę są pochodzenia roślinnego:

1. Awokado

Co ciekawe, nazwa pochodzi od słowa „ahuácatl„, które w języku náhuatl oznacza „jądro”. Chociaż bardzo kaloryczne, pomagają schudnąć. Ponadto są rekomendowane jako środek hamujący, a nawet cofający rozwój choroby Alzheimera, dla kobiet w ciąży, jako produkt wspomagający rozwój płodu, sposób na poprawę zdrowia oczu, regulator proporcji dobrego i złego cholesterolu, a nawet jako prewencja przed niektórymi nowotworami. Może też być stosowany w postaci maseczki na twarz, aby poprawić elastyczność skóry. Słowem, nic tylko korzystać.

2. Kokos

Nieeuropejskie nazwy tego orzecha mówią same za siebie: w sanskrycie kalpa vriksha („drzewo, które zaspokaja wszystkie potrzeby życia”), w języku malajskim pokok seribu guna („drzewo o tysiącu zastosowań”). Cząsteczki nasyconych kwasów tłuszczowych zawartych w kokosie są mniejsze niż tych obecnych na przykład w mięsie, dzięki czemu są metabolizowane w zupełnie inny sposób i nie odkładają się jako tłuszcz. A w praktyce? Tłuszcz kokosowy pomaga w walce z otyłością brzuszną, przyspiesza metabolizm, reguluje proporcje złego i dobrego cholesterolu, zapobiega rozwojowi próchnicy, a według niektórych ma też właściwości bakteriobójcze. Olej kokosowy używany jest też do demakijażu dla cery suchej.

3. Oliwki

Kolor oliwek nie zależy od ich odmiany, tylko od tego, kiedy zostały zebrane (zielone-niedojrzałe, czarne-dojrzałe). Po zerwaniu z drzewa mają gorzki smak, dlatego poddaje się je kiszeniu. Ok. 30% miąższu oliwki to tłuszcz. Mimo to warto je jeść, ponieważ znakomita większość tego tłuszczu to kwasy nienasycone (głównie oleinowy), a więc zdrowe. Z tego względu oliwki-a także oliwa z nich tłoczona-regulują proporcję HDL i LDL (cholesterol). Najlepsza jest oliwa z pierwszego tłoczenia na zimno, czyli extra virgin. Innym działaniem oliwek na nasz organizm jest zapobieganie przedwczesnemu starzeniu i ochrona przed wolnymi rodnikami dzięki dużej zawartości antyoksydantów. Ponadto oliwki zawierają dużo witamin (między innymi B, C i E) i błonnika. Mają korzystny wpływ na układ trawienny, wykazują też działanie przeciwnowotworowe i antydepresyjne. 

4. Orzechy

Są również znakomitym źródłem błonnika. Mają działanie antynowotworowe, pomagają w utrzymaniu prawidłowej wagi ciała, a także regulują poziom cholesterolu. Obniżają też poziom cukru we krwi i poprawiają stan włosów, skóry i paznokci. Najczęściej poleca się orzechy brazylijskie, włoskie, laskowe i migdały (odradzane są za to macadamia i ziemne).

Podsumowując, warto uświadomić sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, z całą pewnością NIE SĄ to jedyne produkty, w których znajdziemy zdrowe tłuszcze. Brakuje tu na przykład oleju rzepakowego, a z produktów zwierzęcych łososia. Po drugie, wysoka zawartość tłuszczu w jakimś produkcie nie oznacza automatycznie, że od jedzenia go przytyjemy. Są różne rodzaje tłuszczu, niektóre pozytywnie wpływają na naszą sylwetkę i stan zdrowia.

 Cały artykuł o czterech zdrowych tłuszczach do przeczytania tutaj (w języku hiszpańskim).

Korzystałam też z innych źródeł:

informacje o awokado: tutaj

informacje o tłuszczach trans: tutaj

nazewnictwo orzecha kokosowego: tutaj

informacje o kokosach: tutaj

informacje o orzechach: tutaj

informacje o oliwkach: tutaj i tutaj

zdjęcie: tutaj

Niegrzeczny drink brzoskwiniowo-pomarańczowy

W wielu nadmorskich kurortach wypić można koktajl o wdzięcznej nazwie „Sex on the Beach”. Byłam go ciekawa od lat, ale dopiero teraz udało mi się go spróbować. Jest niegrzeczny nie tylko ze względu na to, jak się nazywa, ale też na absolutne przeciwieństwo dietetycznego napoju-1 gram czystego alkoholu dostarcza 7kcal. Do tego cukier w likierze i soku. A co tam, jak w „Mojej wielkiej greckiej wycieczce”: na wakacjach się nie liczy!

Składniki:

1 kieliszek wódki

1 kieliszek likieru brzoskwiniowego

1 kieliszek grenadyny/soku z granatu/soku z żurawiny

3 kieliszki soku pomarańczowego

sok z cytryny (kilka kropli do jednej szklanki)

kostki lodu

Wszystkie składniki dokładnie mieszamy w wysokiej szklance.

Dodatkowym „bajerem” może być brzeg szklanki obtoczony w brązowym cukrze: do miseczki wlewamy nieco wody i zanurzamy w niej brzegi szklanki trzymanej do góry nogami. Następnie wkładamy ją do brązowego cukru wysypanego na talerzyk.

sexonthebeach

O przyprawie owocowej… bez owoców

Dzisiaj nie podzielę się z Wami żadnym zdrowym przepisem, ale drobną ciekawostką. Jest to właściwie drobiazg, jednak nie ukrywam, że wzbudził moje zainteresowanie, i to w sensie jak najbardziej negatywnym.

Kupując różne produkty, często można natknąć się na promocję w stylu „Kup to, a coś innego dostaniesz gratis”. Tak wiec ostatnio razem ze słoikiem kawy rozpuszczalnej trafiło do mnie niewielkie opakowanie „posypki do kawy”, przyprawy o smaku brzoskwini i pomarańczy (co jest akurat dość istotne). Propozycja podania: przygotować kawę mrożoną, nałożyć bitą śmietanę i posypać przyprawą. Bita śmietana to sprawa osobista, jeśli komuś nie zależy na kaloriach, niech wcina łyżkami. Ale zaczęłam się wczytywać w informacje o posypce i… autentycznie mnie zatkało. W 100g produktu czai się aż 392kcal-czyli więcej niż w takiej samej ilości bitej śmietany (257)! Co więcej, aż 97% masy przyprawy to cukry. Dla porównania, jedna brzoskwinia, a więc owoc naprawdę słodki i sycący, w 100g zawiera tylko 12g węglowodanów i taka ilość dostarcza 46kcal.

Jeszcze ciekawiej wygląda skład posypki pomarańczowo-brzoskwiniowej, i właściwie to głównie on mnie zaintrygował. Zaczyna się od cukru-a składniki wymienia się w kolejności od tego, którego jest najwięcej, do tego, którego jest najmniej. Zatem większość produktu to po prostu biały cukier. Całe 2,5% to skórka pomarańczowa. Następnie mamy suszony koncentrat brzoskwini i goździki. Do tej pory właściwie wszystkiego można się było spodziewać. Ale już dalszych składników chyba nie bardzo: aromat (nie wiadomo dokładnie, jaki), kurkuma, koncentrat z czarnej marchwi, dwutlenek krzemu (sądząc po nazwie, SiO2, czyli po prostu piasek!!!). Co więcej, w produkcie może znajdować się gorczyca, jajka, mleko, seler i soja.

I tak oto mamy przyprawę do mrożonej kawy o smaku owocowym, z kurkumą, czarną marchwią, selerem i soją, która sprawia, że z napoju bezkalorycznego robi się po prostu cukrowa bomba. 

Ciekawe jest również to, że produkt zawiera jeszcze tylko sód w niewielkich ilościach (0,04%). Tłuszczów ani białka nie znajdziemy w nim w ogóle. Zagadka brzmi: gdzie podziało się pozostałe 2,6% masy przyprawy?

Nie spróbowałam kawy z bitą śmietaną i przyprawą. Jeśli będę miała ochotę na marchewkę z dwutlenkiem krzemu i kurkumą, przygotuję ją sobie samodzielnie. Na przyszłość za to polecam dokładne czytanie napisów na opakowaniach, by, jedząc coś tak niezdrowego, przynajmniej być tego świadomym.